Informacje z medycyny estetycznej i medycyny sportowej. Zdrowy Portal - Warszawa!

Kim jest hipochondryk

Zastanówmy się jeszcze w tym miejscu, kto to jest hipochondryk? Otóż jest to człowiek, który zgłasza lekarzowi jakąś dolegliwość, a ten nie jest w stanie jej potwierdzić żadnymi dostępnymi mu technikami diagnostycznymi. Na oko człowiek taki wygląda na zupełnie zdrowego. Imputuje mu się wtedy chęć wprowadzenia lekarza w błąd w celu zdobycia zwolnienia lekarskiego lub też posądza o chorobliwą wybujałą wyobraźnię, o przesadne zajmowanie się sobą samym itp. W rzeczywistości zaś są to nieszczęśliwi ludzie, którym medycyna nie jest w stanie pomóc. Zetknąłem się z takim człowiekiem na początku swojej działalności w Juracie. Anna S. spożywała dosłownie całe garście tabletek. Kobieta ta miała tak silną nerwicę, że kiedy była sama w domu, bała się niekiedy zejść z tapczanu na podłogę. Kiedy zaczęła mi opowiadać o swoich chorobach, wpadłem w popłoch, czy aby i ja będę mógł jej pomóc. Odetchnąłem z ulgą po usłyszeniu zdania na pierwszy rzut oka dość dziwnego: „Kiedy odkurzam ten duży pokój, czuję się fatalnie, natomiast w małym idzie mi całkiem nieźle”. Roześmiałem się w duchu i coś mi podszepnęło – zanim wydasz o czymkolwiek opinię, zobacz to na własne oczy. Pełen oporów poszedłem za nią do tego drugiego pokoju i co zobaczyłem? Wełniany dywan z Kowar. Natomiast w pokoju większym dywan był ze sztucznego tworzywa. I wtedy wiedziałem już, że ja tej kobiecie mogę pomóc. Zjonizowana była rzeczywiście niezwykle mocno. Kiedy lekarz, z którym utrzymywałem bardzo przyjacielskie stosunki i któremu do dziś winien jestem wdzięczność, gdyż odbierał poród mojej córki (a był to szpital bez oddziału porodowego), dowiedział się, że Anna S. leczy się u mnie, zamachał rękoma kilka razy, jakby odpędzał złego ducha i, śmiejąc się, zawołał: „Ależ lecz ją, lecz!” No więc wyleczyłem Annę S. na tyle, na ile to było do mojego wyjazdu z Juraty możliwe. „Czułam instynktownie, że od dziś mogę nie zażywać już tych pastylek” – mówiła. Stopniowo pastylek ubywało i ubywało, aż doszło w końcu do momentu, kiedy nie została już żadna. Pamiętam, że ciśnienie Anny, które oscylowało w granicach 80/60, podniosłem do 110-120/80-90. Poprawa jej zdrowia była chyba trwała, skoro po dwóch latach, kiedy się spotkaliśmy, czuła się dobrze.

Podobne Artykuły

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.